wtorek, 6 marca 2018

Wyprawa na wiadukt

Dziś będą zdjęcia. Moje zdjęcia 😎 Bo zdjęcia miały pojawiać się na blogu a tu tylko filmy i filmy i raz Warszawa 😁
Mam już w Bytomiu swoje ulubione, wypatrzone miejsca. W ubiegłą niedzielę postanowiłam wybrać się w jedno z takich miejsc. Od dawna miałam to w planach, dlatego też zdążyłam sobie wyobrazić już ze sto razy jakie zdjęcia wykonam. Wiadomo - będą śliczne, klimatyczne, efekciarskie, kolorowe mimo niekolorowej pory roku - jednym słowem będzie efekt WOW! 
Ale czy na pewno?
 

Zapakowałam aparat, statyw i ruszyłam w drogę, każąc się oczywiście wieźć autem na miejsce. 
Lubię sobie życie utrudniać, więc wymyśliłam, że będzie to taki challenge dla mnie samej i z dna szafy fotograficznej wygrzebałam obiektyw kitowy 18-55 mm z roku 2008, dość już rozklekotany. Jak wiadomo, nie jest to najjaśniejsze szkło, a ja dodatkowo wybrałam się na zdjęcia późno po południu, co również było jednym z warunków mojego osobistego challenge'u - czyli próby, przetestowania założonego tematu i sprawdzenia się w nim. No, ale w końcu przecież mam statyw, jak na szanującego się fotografa przystało 😋 W dodatku statyw nowy, nieśmigany, karbowany, kosztujący w cenie premierowej aż 1600 zł, a dostany za 1 złotówkę przy zakupie... ale o tym innym razem, więc godny wykorzystania w niedzielę 😊 
Zatem wyruszyliśmy!
Jadąc na miejsce moich zdjęć zauważyłam, że Bytom wygląda jak Silent Hill - wszystko pokryte białym pyłem, którego to ulotność można było nawet dojrzeć w powietrzu. Wyczuć zaś można było palone gumofilce. Cóż, zima. A jak zima to i zimno. Rękawiczek oczywiście nie zabrałam. Kiedy wreszcie dotarłam na wiadukt, wspięłam się po schodach, z których to jeden był wyższy, drugi niższy i tak na przemian, aż na sam szczyt, gdzie na górze miało się poczucie jednej nogi krótszej, a drugiej dłuższej. 
W końcu dziarsko przystąpiłam do przygotowań do zdjęć. Po cichu bębniłam dolną szczęką o górną, a ręce wykręcało mi z zimna niczym Himalaistom w drodze na szczyt.
Profesjonalnym okiem rzuciłam na widoczek, wyciągnęłam aparat Pentax k5II, oceniłam ekspozycje na oko - wiadomo - i zabrałam się do podpinania aparatu do statywu i ... zonk! Sama bym siebie nie poznała, gdyby wszystko poszło dobrze! Zapomniałam szybkozłączki, która to przytulała się radośnie do innego aparatu w domu 😤
No i cóż było robić?! Z challenge'a zrobił się CZELENDŻ. Nie chciałam wracać bez zdjęć. Postanowiłam wykorzystać wszystkie niedogodności na swoją korzyść.
I oto efekt poniżej 😁
ps. nie regulujcie odbiorników :D













Koniec :D
Chętnie dowiem się co sądzicie o takich zdjęciach. W takim samym stylu jest mój instagram. Myślałam, że to taki efekt łączącej mnie więzi z telefonem, ale widzę, że aparat też już zaraziłam chorobą zwaną "nieślicznymi zdjęciami" 😆

Pozdrawiam :)

1 komentarz:

  1. Zdjecia rewelacyjne!! Czelendz w pelni zaliczony! I wiesz juz ze nastepnym razem nie musisz dziwigac statywu :)

    OdpowiedzUsuń